Podsumowanie 2015

Początek roku, to czas nie tylko na postanowienia, ale też na podsumowania. Dziś przedstawię mały bilans ubiegłego roku.

Ubiegły rok mogę z całą stanowczością nazwać rokiem przygotowań, debiutów i zbierania doświadczenia. Przez większość czasu realizowałem jakieś plany treningowe, aby na końcu każdego wystartować w całkiem nowych dla mnie zawodach.

W styczeń wszedłem realizując program przygotowujący do półmaratonu, ponieważ jakoś na początku grudnia 2014 zapisałem się na Półmaraton Ślężański. Nie wiem, co strzeliło mi do głowy, aby właśnie dookoła Ślęży pierwszy raz pokonać ponad 21 kilometrów, ale skoro widniałem na liście startowej, to wstyd byłoby stchórzyć. Także praktycznie cały pierwszy kwartał roku sumiennie trenowałem. Na starcie zawodów nie wiedziałem, czego się spodziewać, nie wiedziałem czy jestem dobrze przygotowany, jak w rzeczywistości wygląda trasa oraz czy zaopatrzenie punktów żywieniowych wystarczy, abym bez własnego prowiantu dotarł do mety. Lekcja była bolesna, bo prawie straciłem przytomność i narobiłem sobie ogromnych pęcherzy na stopach, ale nauczyło mnie to bardzo dużo na temat własnych możliwości i sprzętu, który posiadałem. Bieg ukończyłem z czasem 1:55:37.

Kolejne miesiące podporządkowane były tylko jednemu celowi: ukończeniu Maratonu Wrocławskiego, na który oczywiście zapisałem się bez wcześniejszego kontaktu ze zdrowym rozsądkiem. Znalazłem kolejny plan, który klepałem dzień po dniu, przez prawie pół roku. Na szczęście po drodze pojawiło się kilka urozmaiceń.

Pierwsze z nich było pod koniec kwietnia, kiedy to sprawdziłem się w całkiem nowej roli. W trakcie lokalnego Biegu Papieskiego, po raz pierwszy w życiu zostałem zającem, ale nie takim zwykłym, prowadzącym na jakiś czas. Byłem osobistym pacemakerem-motywatorem, czyli pilnowałem Nat, aby za szybko nie zaczęła, a później żeby trzymała przyzwoite tempo. Dzięki temu dystans około 5,5 km pokonała w czasie 27:30. Na mecie długo nie mogła w to uwierzyć, bo uważała, że bieg z takim tempem jest poza jej zasięgiem! Wariatka z tej Nat.

papie

Kolejne dni mijały na mozolnej realizacji planu treningowego do królewskiego dystansu, aż nadszedł kolejny bieg, w którym zającowałem. Tym razem był to 3. Nocny Wrocław Półmaraton i po raz kolejny byłem osobistym pacemakerem dla Nat z tą różnicą, że tym razem prowadziłem ją na dokładny czas. Celem było złamanie 2:10:00. Cały dzień pogoda była fatalna, ponieważ wiał zimny wiatr i lało, na szczęście przed startem rozpogodziło się i pojawił się promyk nadziei na dobry bieg. Mały promyk, bo dokuczała mi lekka gorączka, ale pomimo tego udało się osiągnąć założony cel i wspólnie połamaliśmy te cholerne 2 godziny i 10 minut. Z czystym sumieniem mogliśmy szykować się do urlopu.

polwro

Miesiące wakacyjne to, nie zgadniecie co… Tak, żmudne wypełnianie dzienniczka treningowego, według planu. Ciągle te same trasy, ciągle to samo otoczenie powodowały nawarstwiające się zmęczenie bieganiem do tego stopnia, że aż chciałem odpuścić na jakiś czas. Potrzebowałem motywatora, celu bliższego niż wrześniowy maraton. Znalazłem go w górach, a dokładniej w Karkonoszach, na Letnim Biegu Piastów. Dystans Jakuszyckiej Dziesiątki to tak naprawdę więcej niż 10 kilometrów, ale nie mieszało mi to w planie i okazało się bardzo odświeżające. Chyba złapałem bakcyla biegów górskich, bo podobało mi się niesamowicie, tym bardziej, że na mecie byłem 13 w kategorii wiekowej, co jest moim najlepszym osiągnięciem (nie licząc parkrunów).

Wreszcie nadszedł wrzesień, dzieciaki wróciły do szkół, a ja myślałem tylko o jednym. Całe miesiące przygotowań i teraz na całego życie zaczęło kręcić się wokół maratonu. Przeglądałem profil trasy, obmyślałem różne strategie, czytałem porady i wspomnienia z maratońskich debiutów, testowałem ubrania, w których zamierzałem biec. Wydawało mi się, że połamanie 4 godzin jest w zasięgu i podejrzewam, że rzeczywiście było, gdybym tylko zostawił gorącą głowę w plecaku i biegł spokojnie. Tak jednak nie zrobiłem i koncertowo zawaliłem cały bieg. Popełniłem w zasadzie dwa błędy, przez które czas końcowy wynosił 4:13:24. Porażka na całej linii, tym bardziej, że większość sezonu podporządkowałem właśnie pod te zawody. Tym bardziej, że dzień po nie cierpiałem wcale, miałem tylko lekko odrętwiałe nogi. Nie było spektakularnego schodzenia ze schodów na prostych nogach, bezsennych nocy i skurczy z każdym krokiem, a to znaczyło, że fizycznie byłem gotowy. Zawiodła głowa.

mwr

Po ciężkiej lekcji, nie miałem czasu na użalanie się nad sobą, bo w planach miałem następne zawody z konkretnym celem: czas poniżej 45 minut na 10 kilometrów. Wszystko mówiło mi, że jest to jak najbardziej osiągalne, jeśli tylko mądrze pobiegnę. Trasę znałem jak własną kieszeń, poznałem każdy podbieg, zbieg i zakręt. W przygotowania włączyłem interwały i ćwiczyłem szybkość. Wystartowałem i biegłem dokładnie tak, jak zakładałem: zacząłem powoli i z każdym kilometrem przyspieszałem. Na półmetku zegar pokazywał 22:56. Te 45 minut było w zasięgu, jednak lekko pomyliłem się w obliczeniach i zamiast dalej przyspieszać, postanowiłem utrzymać tempo. Linię mety przekroczyłem z czasem 45:04. Zabrakło mi 5 sekund, do upragnionego celu! Pięciu cholernych sekund! P I Ę C I U! Wszystko przez to, że „genialnie” obliczyłem sobie, że mając 22 minuty na półmetku, lecę na 44 minuty na końcu, czyli mam mały zapas. Szkoda tylko, że zapomniałem o sekundach, których było niemało. Ja, człowiek po mat-fizie, magister inżynier po Politechnice, pomyliłem się w zwykłym dodawaniu. Obciach maksymalny i kolejny nieosiągnięty cel.

barb

Po zepsuciu wszystkich możliwych startów, na które się spinałem i dobrych zawodach, które robiłem na luzie postanowiłem zrobić roztrenowanie. Na 2 tygodnie odpuściłem bieganie zajmując się treningiem ogólnorozwojowym, później pochorowałem się i ostatecznie wyszedł prawie miesiąc bez biegania. Ale nie próżnowałem, bo snułem następne plany startowe i obmyślałem cele do zawalenia 😉

2015 w liczbach:

  • Przebiegnięty dystans: 1405 kilometrów;
  • Ilość treningów biegowych: nie wiem, bo skończyło mi się Endomondo Premium;
  • Czas w biegu: 138 godzin 28 minut 59 sekund (to ponad 5 dni!);
  • Wybieganych kalorii: 130312 kcal (to tyle energii ile da wypalenie 26 kilogramów ekogroszku z marketu);
  • Ogólna ilość treningów: 193;
  • Czas na treningach: 163 godziny 54 minuty 30 sekund (a do ponad 6 dni!);
  • W sumie wypaliłem: 144691 kcal (tyle ile ma ponad 23 kilogramy węgla kamiennego).